13.12 Wyniki finału Konkursu Ojczyzny Polszczyzny 12 grudnia 2015 r. Pobierz
07.12 Lista finalistów Konkursu Ojczyzny Polszczyzny w szkołach podstawowych Pobierz
Miód na sercu, czyli o przyjemnościach obcowania z językiem polskim – wywiad z prof. Janem Miodkiem
wróć do listy artykułów
Wywiad autor: Barbara Lekarczyk-Cisek

Znany popularyzator języka polskiego, prof. Jan Miodek, dzieli się w wywiadzie refleksjami na temat wpływu rodziców na jego wybory życiowe, opowiada o tym, jakim był uczniem, w jakich okolicznościach rozpoczęła się jego współpraca z mediami, zachwala gwarę śląską oraz radzi jak dobrze przygotować się do Konkursu Ojczyzny Polszczyzny.

Barbara Lekarczyk-Cisek: W powszechnej opinii uchodzi Pan Profesor za mistrza języka polskiego. A jacy byli Pańscy mistrzowie, nauczyciele?


Prof. Jan Miodek:
Nie deprecjonując moich nauczycieli języka polskiego w szkole podstawowej, a była to pani Zofia Czeczot, moja wychowawczyni od klasy pierwszej do piątej oraz pani Janina Kuś w klasie VI i VII; nie deprecjonując także wpływu, jaki na mnie wywarł mój polonista ze szkoły średniej – Liceum Ogólnokształcącego im. St. Staszica – pan Stanisław Książek, byłbym jednak synem marnotrawnym, gdybym nie powiedział, że nauczycielami najważniejszymi w moim życiu byli rodzice. Oboje nauczyciele: ojciec – absolwent przedwojennego seminarium nauczycielskiego – uczył wszystkich przedmiotów, od języka polskiego do ćwiczeń gimnastycznych, matka, która była absolwentką przedwojennej polonistyki krakowskiej. I to ona wywarła na mnie wpływ największy. W wieku pięciu lat byłem już osłuchany z nazwiskami Reja, Kochanowskiego, Mickiewicza, Wyspiańskiego. To ona w trakcie zabaw rzucała mi jakieś zdanie dwukrotnie złożone i musiałem jej odpowiedzieć, czy to jest zdanie dopełnieniowe, czy przydawkowe… Bawiła się ze mną w rozbiór gramatyczny zdania.

Jan Miodek w wieku czterech lat z rodzicami i kotkiem
Jan Miodek w wieku czterech lat z rodzicami i kotkiem.

Jest Pan Profesor absolwentem Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica w Tarnowskich Górach. Jakim był Pan uczniem?

Uczniem byłem … nudnym, dlatego że miałem ze wszystkiego piątki i moje świadectwa były w związku z tym bardzo monotonne. Z języka polskiego chyba nigdy nie otrzymałem nawet +4. Dostawałem same piątki ze wszystkich dyktand, klasówek, prac domowych…  Chciałbym przy tej okazji przytoczyć pewną anegdotę. Otóż kiedyś, podczas jazdy pociągiem, dosiadł się do mnie jakiś człowiek, rozpoznał mnie i zapytał śląską gwarą:

„Niech mi pan powie, czy to jest prowda, bo tako plotka chodzi po Tarnowskich Górach, że pan w szkole był zupełnie przeciętnym, a nawet słabym uczniem. A roz przez polski to pan nawet rok został siedzieć”.

I to jest cudooowne: został siedzieć przez polski, a teraz o języku gada w telewizji! Pozbawiłem go złudzeń, mówiąc, że z polskiego byłem zawsze bardzo dobrym uczniem. A chociaż byłem ze wszystkiego bardzo dobry, zaś paręnaście kilometrów od Tarnowskich Gór była Politechnika Gliwicka i medycyna w Zabrzu – Rokitnicy, mimo silnej tradycji w preferencji pewnych zawodów, to jednak matczysko (mówię to z największą czułością) poradziło mi, abym poszedł na polonistykę, czując, że mam w sobie temperament humanisty, że piątki z fizyki, chemii były bardziej wynikiem nauki niż  miłości do tych przedmiotów. Mnie już w wieku kilkunastu lat zaczęły intrygować media. Marzyłem, że będę dziennikarzem i również dlatego wybrałem studia polonistyczne.

Co sprawiło, że młody człowiek z Tarnowskich Gór znalazł się w 1963 roku na Uniwersytecie Wrocławskim, a nie np. na Jagiellonce, która była bliżej?

Rzeczywiście, miałem bliżej do Krakowa, atoli o Krakowie mówiło się, że jest trochę zatęchły, hierarchiczny, stara profesura. A Wrocław – ludzie zewsząd, młodzi… W dodatku już wówczas słyszało się w Polsce, że to jest miasto mocne kulturalnie, że ma świetne teatry. Wrocław stawał się modny.

W jakich okolicznościach zaczęła się Pańska współpraca z wrocławskim dziennikiem „Słowo Polskie”?

Na początku mego stażu asystenckiego, w listopadzie 1968 roku, wezwał mnie do siebie prof. Stanisław Pietraszko, późniejszy twórca kulturoznawstwa i powiedział:

„Proszę pana, Stefan Reczek1 wyjechał do Rzeszowa cztery lata temu. Anna Cieślarowa2 odeszła ze „Słowa Polskiego” do „Gazety Robotniczej”, a „Słowo…” chciałoby wskrzesić rubrykę o języku. Na mój nos, pan byłby kontynuatorem tej tradycji, owej „Rzeczy o języku” przez Reczka stworzonej na początku lat pięćdziesiątych.”.

Poszedłem do prof. Rosponda3, którego byłem asystentem, i mówię mu o tej propozycji, a on na to:

„Ależ proszę bardzo, panie Janku! To będzie szlif dla pana bardzo dobry. Tylko niech pan pokaże pierwsze odcinki, które pan napisze.”

Napisałem, pokazałem – pobłogosławił i powiedział, że mi ufa i wszystko będzie dobrze. I tak zaczęła się moja przygoda ze „Słowem Polskim”, która trwa do dziś. Zdaje się nawet, że jestem w tej chwili najstarszym (stażem) felietonistą tej gazety. Rubryka przeze mnie prowadzona liczy już sobie 43 lata, czyli ponad 2100 odcinków. Powstało z nich dziewięć książek, poradników, zbiorów…

A jak trafił Pan Profesor do telewizji?

Od początku mojej zawodowej kariery na uczelni służyłem również ludziom. Zaczęły się spotkania w przedszkolach, szkołach, klubach, księgarniach, kościołach…  Prelegencki los zaprowadził mnie w 1987 roku na Święto Słowa do Świdnicy. To była taka szalona noc, słowu jako takiemu poświęcona. Pierwszą gwiazdą był Wiesław Myśliwski, a jego „Kamień na kamieniu” był wówczas przebojem czytelniczym. Przyjechał też Marian Pilot – laureat tegorocznej Nagrody Literackiej Nike za „Pióropusz”; byli także artyści: Hanna Banaszak, Leszek Długosz, ponadto wielu dziennikarzy. I wzięto z wrocławskiej polonistyki dwóch prelegenckich Janów: starego -  Trzynadlowskiego i czterdziestolatka wówczas - Miodka. Miałem swoje pół godziny ok. 3.00 nad ranem, w tumanach dymu, bo przecież wtedy wszyscy palili… Tydzień potem otrzymałem telefon od Władysława Tomasza Stecewicza, o którym wówczas nie wiedziałem, że jest głównym macherem tego Święta Słowa. Powiedział, że ma dla mnie propozycję nie do odrzucenia, że ma nawet tytuł tego programu, zaczerpnięty z wiersza Juliana Tuwima „Zieleń”. Spotkaliśmy się, nagraliśmy pierwsze odcinki. Kolaudacja wypadła pomyślnie i od sierpnia 1987 roku do czerwca 2007 emitowana była w II Programie TVP „Ojczyzna polszczyzna”. Od 2009 roku do dziś w TV Polonia emitowany jest „Słownik polsko@polski”, którego by pewnie nie było, gdyby najpierw telewizja wrocławska w programie lokalnym nie uruchomiła audycji na żywo – „Profesor Miodek odpowiada”. To jest znak czasów: telefon został zamieniony na Skype`a.

Co sprawiło, Pana  zdaniem, że programy telewizyjne o języku zyskały taką popularność?

Muszę być nieco narcystyczny i powiedzieć wprost, że gdybym te programy prowadził monotonnie, nudno, to zapewne spadłyby z anteny po pół roku albo nawet wcześniej. Prawdziwe jest zatem stwierdzenie wielu ludzi, z Kazimierzem Kutzem na czele, że jestem typowym „zwierzęciem telewizyjnym”. Nie ukrywam, że dobrze się czuję przed kamerą, że mnie to sprawia przyjemność. Myślę także, że to taka polska specyfika. W Europie taki program ma szanse powodzenia tylko w Polsce i we Francji. Oba te narody od wieków chuchają i dmuchają na język. Lubią problematykę językową. Przecież prof. Witold Doroszewski4 wiódł swój radiowy poradnik językowy czterdzieści, a może pięćdziesiąt lat.  Przywiązanie do polszczyzny wynika też z naszej historii.

Wiadomo mi, że jest Pan Profesor miłośnikiem śląskiej gwary i przewodniczy nawet konkursowi „Po naszymu, czyli po śląsku”…

Co to jest za radość, co za – nomen omen – miód na sercu, kiedy w nieoficjalnych sytuacjach życiowych można sobie przejść na gwarę! Johann Wolfgang Goethe powiedział: „Ile znasz języków, tyle razy jesteś człowiekiem”. Oczywiście, że dialekt śląski nie jest językiem, ale gdy potraktujemy go jako wariant – a jest to niewątpliwie wariant polszczyzny – to ja, trawestując Goethego, mogę powiedzieć: to jest także bogactwo. Im jestem starszy, tym bardziej powrót do gwary sprawia mi coraz większą przyjemność. Kiedy jest mi dobrze, lekko, powiem nie „dajcie mi”, tylko „dejcie mi”. Do dziś, kiedy się uderzę, powiem: „Alech się piznoł”. I nie wyrzucam śmieci, ale „wyciepuje hasie”. To jest piękny staropolski dialekt!

Jest Pan Profesor od wielu lat honorowym patronem i głównym jurorem Konkursu Ojczyzny Polszczyzny (niegdyś „Słowo daję”). Co mistrz pięknego słowa mógłby poradzić biorącym udział w konkursie uczniom?

Powiedziałbym: czytać, czytać, czytać… A jednocześnie pamiętać o najważniejszym imperatywie stylistycznym, jakim jest rada: rób wszystko, aby maksimum treści zawrzeć w minimalnej liczbie słów.

Trzeba ciekawie zacząć, zwrócić się do potencjonalnego odbiorcy. Na początku wypowiedzi powinna być introdukcja (wprowadzenie), następnie jakiś fabularny szczyt i wreszcie puenta. Uczestnik, który tak ukształtuje swoją wypowiedź, od razu zyskuje.

rozmawiała  Barbara Lekarczyk-Cisek

Przejdź do rubryki „Porady mistrzów słowa”. »

Jan Franciszek Miodek (ur. 7 czerwca 1946 w Tarnowskich Górach) – polski językoznawca, profesor zwyczajny Uniwersytetu Wrocławskiego, dyrektor Instytutu Filologii Polskiej, członek Komitetu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk i Rady Języka Polskiego, autor wielu publikacji, popularyzator wiedzy o języku polskim.


1 Stefan Reczek (28 VIII 1923 – 31 III 1993), polski językoznawca, profesor WSP w Rzeszowie
2 Nieżyjąca już redaktorka Wydawnictwa Ossolineum
3 Stefan Rospond (19 XII 1906 – 16 X 1982) – polski językoznawca, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego
4 Witold Doroszewski (1 V 1899 – 26 I 1976) – polski językoznawca, profesor Uniwersytetu Warszawskiego, członek PAN, redaktor Słownika języka polskiego, prowadził pogadanki radiowe w ramach Radiowego Poradnika Językowego

Portal EduqrsorPortal Eduqrsor
Organizator konkursu:
STOWARZYSZENIE
OJCZYZNY POLSZCZYZNY
Główni sponsorzy:
Sponsorzy:
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego


Patroni honorowi:


Patroni medialni:

kontakt | regulamin
Copyright Nowa Era 2013